Szybko zorientowali się że musimy byc niedaleko. Nie pierdolili się z nami tylko od razu wysłali czołgi. Wiedzieliśmy że próba obrony to samobójstwo i zaczęliśmy uciekać piwnicami do domów na obrzeżach by im zwiać. Skupili się na przeszukiwaniu domów więc mieliśmy dużo czasu by wydostać się z tego gówna. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu gdyż czołgi nie mogły przedostać sie przez gruzowisko i tylko ostrzeliwywały nasza domniemane pozycje ale mogli nas pocałowac bo już wychodziliśmy z ostatniego domu i dlaiśmy nogę gdyż tak mało nas nic nie zdziała. Wróciliśmy po ckm'y ukryte w dole i rozstawiliśmy je wokół jedynej drogi którą musiał iść pościg. Nie myliliśmy się. 20 min później spostrzegliśmy kolumnę 3 czołgów i 2'óch halftrack'ów. Błyskawicznie otworzyliśmy ogień i po desancie z transporterów nie pozostało nic ( przynajmniej żywego). 2 granaty zrobiły swoje. Nagle z euforii zwycięstwa wyrwała ns seia z ckm'u i eksplozja. Momentalnie wraz z Cris'em chwyciliśmy pancerzownice. Cris strzelił... i pocisk rykoszetował. "To to teraz wszsytko w moich rękach" - pomyślałem i wyskoczyłem z krzaków by trafić 2 czołg w dupę. tuż po wystrzale poczuełm przeszywający ból i słony smak krwi w ustach. Tuż nade mną przeleciało ogniwo gąsienicy z 2 ej Pantery i zlecieli sie moi kumple. Szybko zostałem opatrzony przez naszego sanitariusza. Miałem mnóstwo szczęścia... Pocisk przeszedł na wylot.
Tagi:
Przemyślenia
21.08.2010 o godz. 19:30
komentuj (0)
Gdy zapadł zmierzch jedyne co zostało do zrobienia to opanować te domy. Każdy z nas miał nóż lub bagnet więc ze zlikwidowaniem po cichu szkopów nie było najmniejszego problemu. Był za to problem dotyczący rozlokowania niemieckich żołnierzy w domach. Jak udało nam się ustalić to zajętych domów było 3 a w każdym z 5-ciu szwabów. Podzieliliśmy się na 3 5-osobowe grupy z których każda miała wziąć 1 dom i wytępić jego załogę. Poszło gładko i sprawnie więc póki kryły nas bezpieczne ciemności zajęliśmy się minowaniem domów przy drodze uważając by nie odciąć sobie drogi ucieczki. O świcie powitał nas dźwięk silnika jakiegoś half-tracka. Ocięzale wstaliśmy i ostrożnie podeszliśmy do okien. Zauważyliśmy niezłą krzątaninę. Nalot Thunderboltów był wyznaczony na 10.00. Zauważyliśmy że już zbliżają się pierwsze pojazdy oficerów i ciężarówki a czołgów ani śladu. Ok 9.30 pojawiły się pierwsze puszki a my czekając aż znajdzie się ich wystarczająco dużo odpaliliśmy ładunki i odcieliśmy im drogę w obie strony. Po 5 min nadleciały nasze samoloty a my z 1 piętra patrzyliśmy na tą rzeź która działa się na dole. Stracili 10 czołgów a to już coś...
Tagi:
przemyślenia
Noc była szalona. By nie wpaść na niemców schroniliśmy się w piwnicy. George odkrył, że piwnice są łączone więc moglismy zaskoczyć wroga który znajdował się kilka domów dalej. Już byliśmy zadowoleni a miało być jeszcze lepiej gdyż kapitan znalazł zapasy mieszkańców którzy najprawdopodobniej zapomnieli o nich podczas ewakuacji. Jedzenia było na tyle byśmy w 8-kę się najedli. Zawołaliśmy także niejakiego Onta'e, szeregowego z 82-ej i poleciliśmy by zaniósł swoim słoik ogórków i kilka konserw. Po raz pierwszy od tygodnia porządnie się najedliśmy. Znaleźliśmy także wódkę ale kapitan od razu ją rozbił gdyż gdyby ktoś się teraz najebał to byśmy go chyba rozerwali na strzępy. O świcie minął nas transporter opancerzony z którejś z dywizji SS. Z tego co do nas dotarło to niemcy planują kontruderzenie na siły sprzymierzone w okolicach mostu na Ren'ie. Jak powszechie wiadomo przeprawa jeszcze się nie zakończyła a przerwanie jej może stanowić spory problem gdyż bez z wsparcia wytłuką naszych jak muchy. By utrudnić wydostanie się szkopów z miasta postanowiliśmy zsynchronizować atak naszych Thunderboltów z przejazdem kolumny przez miasto. Postanowiliśmy zaminować budynki wzdłuż naszej ulicy tak by wozy zostały odcięte i by nasi lotnicy mieli tych skurwieli jak na tacy. Jedyne co musimy zrobić to cichaczem te zajęte przez niemców budynki tak by się nie zorientowali. Ale od czegoś mamy te piwnice...
Tagi:
przemyślenia
Dużo się działo nie ma co. Szkopy bronią się tak zaciekle, że to wszystko to może być tylko "pyrrusowe zwycięstwo". Po akcji w Varnen bylismy penwni, że te skurwysyny tanio skóry nie sprzedadzą i będą bronić się do ostatniego naboju. Jak tylko wyszliśmy za mury Varnen a na ratuszu zaczęła powiewać amerykańska flaga wiedzieliśmy, że może być tylko lepiej. Kolejnym dużym problemem po przekroczeniu Ren'u było miasto Antala, które było miastem garnizonowym więc naszpikowanym niemieckimi oddziałami. nie czekając ja ich ruch poprosiliśmy o wsparcie lotnicze. Ok godziny później nasze uszy mogły rozkoszować się muzyką 8 bombowców Halifax które zniszczyły sporą część niemieckich koszar doprowadzając do chaosu organizacyjnego. Nasza radość była jednak przedwczesna gdyż przy wycofywaniu się naszych maszyn usłyszeliśmy gwizd i serię z działek automatycznych. Okazało się że te nazistowskie skurwiele nadesłały 2 Messershmitt'y 262 które zmiotły nasze bombowce w mgnieniu oka. Szybko wraz z Henry'm i Harry'm pobiegliśmy do wraków i wyciagnęliśmy łącznie 12 działających Browing'ów i ok 10tyś sztuk amunicji do nich. Na pewno taka siła ognia utrudni niemcom zadanie wykurzenia nas, a my korzystając z zamieszania zajeliśmy kilka domów na przedmiesciach. Mam andzieję że wszystko się uda.
Tagi:
przemyślenia
Czas w końcu zrealizować to do czego się przygotowywaliśmy. Mając wsparcie pancerne mielismy duże szanse na powodzenie. Zajęlismy domy wzdłuż ulic Kaisera i Donara,którędy miał pójść trzon naszego uderzenia. Ok godz 12.30 nasze czołgi ruszyły po 5 lecz jechały tylko po lewej stronie ulicy gdyz w wypadku zniszczenia pojadzdu prowadzącego kolumnę można było przejechać prawą stroną. Z resztą miasto to dla czołgów nie jest raj lecz wsparcie ogniowe zawsze się przyda. Z początku sądziliśmy że jak potracili tyle materiału to wielu problemów nie bedzie, zwłaszcza że my mamy czołgi... Jak zwykle się myliliśmy. Po ok 10 min usłyszeliśmy eksplozję, krzyki rannych a chwilę potem serię z km'u. Krzyknąłem do góry by sprawdzili co sie stało. Okazało się że jeden z Firefly'ów zniszczył niemieckiego halftrack'a. Pobiegliśmy do przodu by utuorować droge czołgom. Henry, ja George i paru z 82-iej bieglismy z lewej a Cris, Harry,kapitan i 3 ze 101-ej z prawej. Nagle usłyszeliśmy serię z MG42. Szybko wbiegliśmy do jakiegoś domu by się schować przed ogniem broni maszynowej. Wziąłem bazookę i wraz z Georgem pobiegliśmy na piętro. Zobaczyliśmy że druga grupa juz sie zbliża więc nie czekając wystrzeliłem w kierunku okien w których ukrywali się niemcy. Była taka eksplozja że jeden ze szkopów wyleciał przez okno. Nasi wiedzieli juz co sie dzieje i wrzucili granaty do środka. Wbiegli do domu i zobaczyli zmasakrowane ciała wrogów. Nastepne pare domów przeszukaliśmy bardzo dokładnie lecz nie natrafiliśmy na nic ciekawego. Później było już tylko gorzej. Piechota nacierała na nas ze wszystkich stron a umocnienia dawały sie tak we znaki że wielu z 82-iej zginęło a Henry został ranny w nogę i to cud że przeżył. Wychodziliśmy w 72 a z akcji powróciliśmy my (Henry,Harry, kapitan,ja,George i Cris) 16 z 82-iej i 4-ech z 101-ej. Nie ma co: bronili się nieźle. Mam nadzieję że przeżyjemy w tym piekle jak najdłużej.
Tagi:
przemyślenia
Przygotowywaliśmy uderzenie od dwóch dni. Chodziliśmy na zwiad i wysyłaliśmy meldunki do naszych. Mieliśmy szczęście że jeszcze nie pojawiły się wozy pelegnacyjne i nie zaczęli nas namierzać. Zapewne zaniepokoił ich fakt że stracili tyle sprzętu i ludzi więc należało zachować czujność na ataki z ziemi jak i z powietrza. Może się nas obawiali, może czekali na posiłki jedno jest pewne: niedobrze,niedobrze i jeszcze raz niedobrze... Jak nas w końcu zaatakują to nas zdmuchną z powierzchni ziemi, no chyba że dostniemy w końcu te czołgi które nam obiecali. Musimy zająć budynki po obu stronach ulic gdyż jak nadjadą nasze czołgi to mogą zostac szybko zdjęte przez szkopów z Panzerfaustami. Tuż przed 21.00 otrzymaliśmy meldunek o przybyciu 7 czołgów Sherman i 3 czołgi Sherman Firefly. "Bardzo dobrze"-krzyknał kapitan po czym powitaliśmy załogi czołgów z ogromnym entuzjazmem. Mogliśmy wkońcu zacząć uderzenie.
Tagi:
przemyślenia
Podczas spotkania sierżant objaśnił nam sytuację oddziału. Dowiedzieliśmy sie że zwłoki naszych przy drodze tych ze 101-ej to były posiłki właśnie dla tego oddziału. Gdy trafili tu na początku marca liczyli 120 żołnierzy, lecz snajperzy i piechota wspierana czołgami wyniszczała ich nie od razu lecz stopniowo... A że czołgi zostały zniszczone, snajperzy zlikwidowani mogliśmy choć trochę odetchnąć w tym całym burdelu. Henry już się uspokoił się po akcji,George miał już łapsko opatrzone więc mogliśmy opracować plan działania w wypadku kontrataku.Ustaliliśmy że jeżeli bedziemy zajmować więcej niż 2 budynki mogłabybyć "powtórka z rozrywki" i znowu bylibysmy odcięci. Sami nie wiedzieliśmy ilu szkopów mamy przeciwko sobie lecz z naszym uzbrojeniem moglibysmy stanie poradzić z piechotą,no ewentualnie z paroma czołgami. Harry,George i ja poszliśmy do zdobytej "czwórki" na drodze by poprosić o wsparcie. Spotkaliśmy po drodze patrol motocylkowy więc nadarzyła się niepowtarzalna okazja do zdobycia motorka... George przebrał się w mundur jakiegoś szkopa i zatrzymał ich.Na to wyciagnałem mojego Colta i zdjąłem załogę ów motocykla. Po wyrzuceniu zwłok do rowu wsiedlismy do motocylka i pojechaliśmy do wraku. Mieliśmy dostać wsparcie pancerne lecz nie było wiadomo kiedy. George załadował radio na motocykl w pojechaliśmy do naszych. Na szczęście nie ostrzelali nas a na widok motocykla radia i mundurów wroga kapitana dosłownie zatkało... Mam nadzieję że mundury się przydadzą bo nie po to je targałem 1.5 km...
Tagi:
przemyślenia
Gdy dotarlismy pod miasteczko Varnen miałem dziwne uczucie że bedą problemy. Nie wiem czy był to szósty zmysł czy Boża opatrzność ale powiedziałem byśmy mieli oczy szeroko otwarte. Nie wiem czemu ale moje przewidywania miały się zaraz spełnić. Okazało się że niebyliśmy tu jedynymi Amerykanami... Gdy spotkaliśmy w jednym z domów sierżanta z 82-iej wiedzielismy że mozemy mieć szanse w walce ze szkopami... Nas było 32 więc cośtam mogliśmy zrobić. Tych z 82-iej było ok 40 lecz byli rozsiani po 4 ulicach. Sierżant wyjaśnił nam czemu są tak daleko od siebie. Okazało się że oni też mieli problemy z tymi czołgami cośmy zniszczyli na drodze lecz tu problemem nie były czołgi lecz coś gorszego. Coś co jest utrapieniem każdego żołnierza... Mianowicie snajperzy. Wiedzieli gdzie są lecz nie mogli ich zaatakować ze względu na ich ilość. Było ich pięciu a że widzieli każdy ich ruch nie mogli nic zrobić. Nasza obecność dała im nadzieję, gdyż Henry miał obycie z prawie wszystkimi brońmi sił Sprzymierzonych. Istniała też większa szansa powodzenia bo niemcy nie wiedzieli jeszcze o naszej obecności. Sierżant dał nam "mapkę" z zaznaczonymi pozycjami snajperów. Henry wziął Springfield'a ,ja Bren'a a George BAR'a i ruszyliśmy pomiedzy budynkami by być jednocześnie blisko i bezpiecznie od stanowisk Niemców. Gdy Henry zlikwidował pierwszego snajpera, George dostał w dłoń a ja puściłem serię na wieżę ratusza gdzie było stanowisko drugiego strzelca. Z odległości ok 170m zobaczyłem tylko wypadające ciało. Na szczęście z pozostałymi poszło gładko lecz gdy kula wbiła się w ścianę 5 cm od głowy Henry'ego tak zbladł że był bielszy od glazury... Dzięki sprawnie przeprowadzonej akcji mogliśmy się wszyscy w 70-tkę spotkać przed 20.00 .
Tagi:
przemyślenia
Po nadaniu komunikatu do naszych Cris,ja i George stanęliśmy na warcie. Niby się nic nie działo ale te wystrzały mogły zwabić nam na głowy szkopów co niebyłoby zbyt przyjemne w naszej sytuacji. Mieliśmy cichą nadzieję że ów wsparcie pancerne skończyło się na tych dwóch "czwórkach" lecz byliśmy w błędzie. Mieli do nas dołączyć 20 ludzi ze 101 PD ok. godz 16.30 lecz spóźnili się o mniej więcej 30 minut. Mieliśmy szczęście że i oni dotarli bez problemów. Niemcy zaatakowali ok 18.00 z północno-wschodniej strony miasteczka. Gdyby nie ich czołgi byłoby po nas bo w takiej ciszy usłyszelibyśmy ich nawet spod Berlina. Gdy Harry i Henry weszli do wieży zdobytej "czwórki" zobaczyliśmy 4 czy 5 czołgów wroga. Krzyknąłem by podać mi tu wszystkie bazooki,i żeby Cris ładował te z których już skorzystałem. gdy zbliżyli się na ok 50 m. oddałem strzał. Czołg dosłonie rozleciał się. Harry odwalił kawał dobrej roboty niszcząc 2 czołgi wroga. Kolejny rozwalił Cris a ja ja dobiłem ostatniego. Okazało się że to nie koniec problemów... Po czołgach nadeszło jeszcze z 60 chłopa i dopiero wtedy zaczęła się zabawa... Rzuciłem bazookę i chwyciłem jeden z brenów leżących na ziemi. Cris podniósł mojego Thompsona i zaczął ostrzeliwywać wroga z lewej a ja z prawej. Niestety zginał jeden z chłopaków który dołączył do nas przy drugim szybowcu. Szkoda go lecz wiadomo że wojna ludzi nie rodzi...
Tagi:
przemyślenia
Tuż po odpoczynku wyruszyliśmy dalej, tym razem czujni jak nigdy. Wzięliśmy znalezioną broń by poradzić sobie z czołgami przeciwnika. Ok 20 min po wyruszeniu Cris dał sygnał byśmy sie schowali. Nadjechały 2 Pz.kpfw IV. Wszyscy byliśmy przerażeni a że byłem tuz przy kpt. Roberts'ie i kpr. Johson'ie zapytałem się czy otwieramy ogień. Kapitan zawołał jeszcze George'a i Harry'ego. Wyjaśnił nam jak szybko pozbyć się tego zagrożenia. Nie mogliśmy zniszczyć tych czołgów gdyż mogły mieć radio a było ono dla nas cenniejsze niż cokolwiek na tej wyjałowionej ziemi. Mieliśmy wrzucić granaty pod gasienice by unieruchomić wozy przeciwnika. Harry i kapral wybiegli z lewej, ja z prawej a kapitan i George po srodku. Wszystko miało iść gładko lecz jak zwykle coś musiało pójść nie tak. Gdy tylko granaty eksplodowały czołgi zaczęły obracać wieże w naszą stronę. Szybko pobiegliśmy, tak by było nas jak najtrudniej trafić. Nie zachodziliśmy ich od przodu by nie znaleźć sie w ogniu km'ów w kadłubie. Gdy byliśmy na tyłach jednego z czołgów, kpr. Johnson wskoczył na silnik potem na wieżę i wrzucił granat go środka. Ledwo co to uczynił dostał w plecy serią z km'u. Zastygł na chwilę po czym upuscił karabin i stoczył się na ziemię. Usłyszeliśmy głośny wybuch i jęki rannych niemców. Z drugim czołgiem było więcej problemów. Wiedzieli co się święci więc nie chcieli dać się zabić. Gdy próbowaliśmy go jakos zajść Harry wskoczył do unieszkodliwonego pojazdu. Zobaczył że mają działające radio i wszedł do wieżyczki. Załadował działo,wystrzelił i było juz po wszystkim. Szkoda kaprala... był pożądnym żołnierzem, dobrym kolegą, a najgorsze jest to że owdowił swą żonę Kelly... Za godzinę odprawimy mu pogrzeb godny bohatera. Na szczeście nawiązaliamy łącznosć i mamy dostać posiłki. bedzie to ok 15-20 ludzi ale zawsze to coś.
Tagi:
przemyślenia
Był bardzo zimny ranek. Gdy wsiadaliśmy do CG-3A każdy z nas był pełen nadzieji w powodzenie naszej akcji. Henry,George,Cris,kpr.Johnson i kpt.Roberts i ja siedzieliśmy w skupieniu myśląc o naszych żonach. Tylko Harry trzymał w ręku krzyż i modlił sie. Ok 8.45 tuż po odczepieniu od holownika pilot krzyknął że już zbliżamy sie do strefy lądowania. Nie zdążył dokończyć zdania gdyż trafiliśmy pod silny ogień altylerii plot. Nasze manewrowanie na zbyt wiele się nie zdało... Oberwaliśmy tak że oderwało się 1,5m lewego skrzydła! Każdy trzymał się czegokolwiek co mogło choć trochę mu pomóc przy uderzeniu. Całe szczęście że Baker zdążył ustawić samolot niemal poziomo do gruntu,co dało bardzo twarde choć w miare bezpieczne lądowanie. Kapitan krzyknął czy wszyscy są cali. Na szczęście wszyscy przeżyli... Po przejsciu do kokpitu znaleźliśmy zmasakrowane ciała pilotów. Mieli wszedzie powbijane szkło a Gaster miał w klatkę piersiową wbity kawałek steru. George który miał radiostacje zaklął siarczyście po czym rzucił zepsutym radiem w ścianę samolotu. "No to pięknie..."-powiedziałem i zaraz wyszedłem na zewnątrz. Okazało się że rozbiliśmy się tylko kilometr od strefy lądowania więc szybko zwineliśmy sprzęt i ruszyliśmy w droge. Okazało się że inni nie mieli tyle szczęścia co my. Po drodze znaleźliśmy jeszcze 3 rozbite szybowce i dołączyło do nas 7-miu ludzi. Reszta zginęła. O dziwo przez najblizsze 2 godziny nie napotkaliśmy szkopów co znacznie ułatwiało dojscie do Wesel'a. Ok 12.15 zobaczyliśmy zwłoki naszych z 101 PD. Jeden z nich jeszcze żył i ostatnim tchnieniem powiedział że niemcy są 0.5km stąd i mają wsparcie pancerne. Kapitan kazał zebrac broń,amunicję i hełmy od poległych a później ich pochować. Zebralismy wtedy 3 Bazooki,7 Bren'ów,4 BAR'y ok 30-ści Thompsonów oraz 25 karabinów M1 Garand. Po wykonaniu tych czynności mielismy pół godziny na odpoczynek. To i tak dużo ze względu na fakt że o 15.00 mielismy nawiazać łączność radiową a że radiostacjia się schrzaniła a żadnej we wrakach nie znaleźliśmy mieliśmy duży problem. Wtem usłyszeliśmy warkot silnika. Szyko schowaliśmy się natomiast ja wycięgnąłem Thompsona i byłem gotowy do osłaniania kumpli. Patrol szkopów minął nas a my odetchnęliśmy z ulgą po tak bliskim spotkaniu z niemcami
Tagi:
przemyślenia


